Mam tyle dylematów, tyle pytań, tyle żalu i goryczy. Z każdym kolejnym miesiącem i rokiem czuję, jak narasta we mnie rozgoryczenie — zamiast spokoju pojawia się coraz więcej nerwów i niepokoju.
Leżysz w łóżku i masz wrażenie, że świat jest bez sensu. Budzisz się, jesz, ogarniasz coś w domu, idziesz do pracy — a wieczorem wszystko wraca. Ten sam ciężar, te same myśli.
Na ten nowy rok życzyłam sobie (i Wam) więcej decyzyjności, więcej spokoju, odwagi w mierzeniu się z problemami zamiast uciekania od nich. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie — a ja mam w głowie coraz większy chaos.
Zastanawiam się, czy to kiedykolwiek się skończy. Czy moje myśli w końcu odpuszczą? Czy wrócę kiedyś do domu, wtulę się w ukochane ramiona i poczuję się bezpieczna?
A może to wszystko jest jakąś karą — za to, co zrobiłam nie tak, za strach, który paraliżował mnie wtedy, gdy przyszło zmierzyć się z rzeczywistością. A może to brak wiary w siebie, w swoje możliwości. Nie mogę znaleźć odpowiedzi.
Bo łatwo jest dorastać w środowisku pełnym akceptacji — tam, gdzie jest rozmowa i zrozumienie, gdzie nie ściska w gardle, gdy chcesz coś powiedzieć. Gdzie nie boisz się, że każde Twoje słowo zostanie przeanalizowane, a Twoje zdanie wyśmiane lub zignorowane.
Ile jeszcze to ma trwać? Jak długo mam patrzeć na cierpienie i udawać, że nie jestem wykończona — że w środku zupełnie się nie rozpadłam?
Były święta wielkanocne. Spędziłam je z Tatą w domu rodzinnym. Pomyślałam, że pójdę do tamtejszego kościoła — może coś poczuję, może odnajdę połączenie z własnymi myślami, może znajdę w sobie choć odrobinę siły. Nic bardziej mylnego.
Przeszłam przez kościół. Drzwi na balkon były otwarte — święta to właściwie jedyna okazja, kiedy można tam wejść. Stanęłam za kolumną. Z góry jakoś łatwiej patrzy się na wszystko z dystansu. A kościół jest piękny.
Ma dla mnie szczególne znaczenie, bo to właśnie tam wszystko się zaczęło. Pamiętam ławkę, w której zawsze siadaliśmy z rodzicami. Pamiętam zapach. Ale — jak w znanym utworze — „to już było i nie wróci więcej”.
Zaczęła się msza, a ja zaczęłam płakać. I w sumie sama nie wiem dlaczego.
Wielkanoc dla osób wierzących to najważniejszy czas w roku. Dla mnie — odkąd nie ma mojej mamy — każde święta są najtrudniejszym momentem. Nie umiem się cieszyć. Nie potrafię udawać, że wszystko jest w porządku.
Bo to przecież zwycięstwo życia nad śmiercią.
Tylko dla mnie przyniosło to odwrotny skutek — czuję, jak to śmierć zwycięża, a nie życie.
I z każdym kolejnym słowem, nawet najpiękniejszym, naprawdę czułam, jak wszystko przestaje mieć dla mnie znaczenie. Jak zupełnie nie wiem, co zrobić ze sobą — z problemami, z pytaniami, które nie dają mi spokoju.
Nie wiem, jak iść dalej. I czy w ogóle powinnam szukać pomocy. Bo po co? I dla kogo?
Słyszałam też o nadziei. Piękne słowo, prawda? Tylko kiedy i jak jej szukać, gdy uczestniczysz w cierpieniu, na które nie masz żadnego wpływu ani możliwości, by je zmienić?
Czytam wiele mądrych zdań, całych sekwencji pięknych myśli — tylko jak przenieść je na własne życie?
Kiedy jedyne, o czym marzysz… właściwie sama już nie wiem, o czym marzę.
Zawsze byłam romantyczką. Ale cóż — skończyło się na pustych słowach i byciu wykorzystywaną na każdy możliwy sposób.
Miałam w głowie wizję: mąż, dzieci, spokojny dom — cisza i poczucie bezpieczeństwa. W zamian nie dostałam nic.
Nie wiem już, kim jestem i dokąd zmierzam.
To trudne — po tylu latach dojść do tak bolesnych i negatywnych wniosków.
*** a fotka obrazuje to jak się czuję (tonący uśmiechnięty wrak).
*****
I have so many dilemmas, so many questions, so much regret and bitterness. With every passing month and year, I feel the bitterness growing inside me — instead of peace, there’s more and more tension and anxiety.
You lie in bed and feel as though the world is meaningless. You wake up, eat, sort something out at home, go to work — and in the evening it all comes back. The same weight, the same thoughts.
For this new year, I wished for myself (and for you) more decisiveness, more peace, and the courage to face problems instead of running away from them. Yet it’s quite the opposite — and my mind is becoming increasingly chaotic.
I wonder if this will ever end. Will my thoughts finally let up? Will I ever go home, snuggle into a loving embrace and feel safe?
Or perhaps all this is some kind of punishment — for what I did wrong, for the fear that paralysed me when it came to facing reality. Or perhaps it’s a lack of faith in myself, in my own abilities. I can’t find the answer.
Because it’s easy to grow up in an environment full of acceptance — where there is conversation and understanding, where your throat doesn’t tighten when you want to say something. Where you’re not afraid that every word you say will be scrutinised, and your opinion laughed at or ignored.
How much longer is this going to go on? How long must I watch the suffering and pretend I’m not exhausted — that I haven’t completely fallen apart inside?
It was Easter. I spent it with Dad at my family home. I thought I’d go to the local church — perhaps I’d feel something, perhaps I’d reconnect with my own thoughts, perhaps I’d find at least a little strength within myself. I couldn’t have been more wrong.
I walked through the church. The doors to the gallery were open — the holidays are actually the only time you can go up there. I stood behind a pillar. Somehow, it’s easier to look at everything from a distance up there. And the church is beautiful.
It holds special significance for me, because that’s where it all began. I remember the pew where we always sat with my parents. I remember the smell. But — as in that famous song — ‘it’s all in the past and won’t return’.
The mass began, and I started crying. And to be honest, I don’t really know why.
For believers, Easter is the most important time of the year. For me — ever since my mum passed away — every holiday is the hardest time. I can’t bring myself to be happy. I can’t pretend that everything is alright.
Because, after all, it’s the victory of life over death.
But for me, it’s had the opposite effect — I feel as though death is triumphing, not life.
And with every word that followed, even the most beautiful ones, I truly felt as though everything was ceasing to matter to me. As though I have absolutely no idea what to do with myself — with the problems, with the questions that won’t leave me in peace.
I don’t know how to move forward. And whether I should even seek help. Because what for? And for whom?
I’ve also heard about hope. A beautiful word, isn’t it? But when and how do you go about finding it when you’re caught up in suffering over which you have no control and no way of changing?
I read lots of wise sayings, whole strings of beautiful thoughts — but how do I apply them to my own life?
When the only thing you dream of… actually, I don’t even know what I dream of anymore.
I’ve always been a romantic. But well — it all ended in empty words and being taken advantage of in every possible way.
I had a vision in my head: a husband, children, a peaceful home — silence and a sense of security. In return, I got nothing.
I no longer know who I am or where I’m heading.
It’s hard — after so many years, to come to such painful and negative conclusions.
*** and the photo captures how I feel (a smiling, sinking wreck



